Kroki były cięższe, nierówne — krok, przeciągnięcie, krok — jakby ktoś prowadził nogę, która nie zawsze chciała za nim nadążyć.
Maren nie sięgnęła po broń. Nie nosiła jej — w jej zawodzie przeciwnikami były zamki, zapadające się stropy i własny strach. Zgasiła latarkę, cofnęła się w cień filara i pozwoliła oczom przyzwyczaić się do ciemności, zanim ten, kto nadchodził, zdąży zrobić to samo.
Kroki ustały u szczytu schodów.
— Wiem, że tam jesteś — powiedziała, głośniej, niż zamierzała. — Kaliber nie serwisuje się sam. I nie sądzę, żebyś przyszedł tu przypadkiem, tak samo jak ja.
Cisza trwała długo, aż usłyszała odpowiedź: chrapliwy śmiech, krótki, bez wesołości.
— Mógłbym powiedzieć to samo o tobie.
Mężczyzna, który wyszedł z cienia schodów, nie pasował do niczego, czego się spodziewała. Starszy, po sześćdziesiątce, w płaszczu przemysłowym znoszonym do utraty koloru. Kulał — stara kontuzja kolana, nie proteza. W dłoni trzymał blaszaną puszkę z olejem maszynowym i pęk szmat.
— Nie jestem z Kontraktu — powiedziała szybko. — I nie jestem z miejskiej straży.
— Wiem — odparł. — Straż nie liczy schodów po ciemku. — Zmrużył oczy, patrząc na nią uważniej. — Znałem kogoś, kto nosił się podobnie. Dawno temu.
Przedstawił się jako Emerik Voss — nazwisko rzucone niedbale, jakby było najmniej ważną rzeczą, jaką mógł jej dać tej nocy. Pracował niegdyś w archiwum Kontraktu, dział roszczeń, zanim upadek imperium zredukował go do handlu tym, co ludzie tacy jak Maren nazywali reliktami, a on, szczerzej, złomem z duszą. Od lat obserwował Westergaard z daleka. Dziś się odważył. Zerknęła na puszkę oleju w jego dłoni. Zapamiętała to pytanie na później.
— Dlaczego teraz? — spytała.
— Bo światło w środku. Twoje. Od plomby nikt nie wnosił tu światła, które nie gasło po pięciu minutach.
Zmierzyła go wzrokiem, ważąc wartość jego obecności.

— Znasz ten budynek — powiedziała. Nie było w tym pytania.
— Znam jego historię. To nie to samo. — Voss podszedł bliżej ołtarza, patrząc na kaliber z wyrazem twarzy, który rozpoznała, bo widziała go u siebie w lustrze: głód, zmieszany ze strachem przed tym, co głód każe robić. — Ten mechanizm nie powinien chodzić. Wiem to od siedmiu lat, odkąd wysłano mnie tu spisać inwentarz przed plombą. Od tamtej pory nie wchodziłem. Aż do dziś. Chodził wtedy też.
Wyjęła notes, otworzyła go na stronie z przepisaną literą, obróciła w jego stronę.
— Wiesz, co to znaczy?
Voss długo patrzył na literę, zanim odpowiedział, a kiedy to zrobił, głos miał inny — cichszy.
— R. — Powtórzył to, jakby od dawna unikał wymawiania tego na głos. — Może inicjał brygady konserwacyjnej. — Zawahał się. — Ale krążą plotki. Wśród tych, co pamiętają, kto pracował w Westergaard przed wybuchem. Mówią, że nadzorca zmiany nigdy naprawdę nie zginął.
Serce Maren przyspieszyło, choć twarz zachowała spokój.
— Ciała nie odnaleziono — ciągnął Voss. — To niczego nie dowodzi. Ale przez lata ktoś widywał mężczyznę pasującego do jego opisu — wysoki, chudy, siwy, kulejący ciężej niż ja, jakby noga była nie z ciała, tylko z metalu i rzemienia, ze starej roboty. Kupował miedziany drut, olej maszynowy, okucia mosiężne — u handlarzy, którzy nie zadają pytań. Płacił zawsze gotówką, więcej niż trzeba.
— I sądzisz, że to on serwisuje kaliber.
— Sądzę — powiedział z naciskiem — że ktoś to robi, od lat, z uporem, jakiego nie ma nikt, kto robi to dla pieniędzy Kontraktu. A Riis, jeśli żyje, miałby powód silniejszy. Był tu w dniu wybuchu. Znał każdego z tych stu czterdziestu siedmiu z imienia. Zniknięcie bez śladu to wygodna historia dla kogoś, kto chce zniknąć naprawdę.
Maren pomyślała o notatniku w krypcie, o zdaniu wypisanym świeższym atramentem: ktoś tu był, może to w końcu czas, żeby ktoś inny doliczył resztę. Czy to o nim? Czy o kimś innym, kto też czekał zbyt długo pod złym adresem? Nie powiedziała o tym Vossowi. Jeszcze nie.
— Znałeś go? — spytała. — Riisa?
Voss odwrócił wzrok, wpatrując się w ciemność korytarza.

— Opisano mi go raz, dokładnie — jakby ten, kto mówił, bał się, że zapomni. Człowiek, który nosił się tak, jakby każde spotkanie kosztowało go coś, czego nie miał ochoty tracić. Nie potwór. Ale ludzie, którzy zostają sami zbyt długo z maszyną, zmieniają się w coś, dla czego jeszcze nie mamy dobrego słowa.
— Czego ty tu szukasz? — spytał w końcu, a w jego głosie zabrzmiało coś bliższego ciekawości niż podejrzliwości.
Maren pomyślała o żelaznym żetonie na szyi, o ręce urzędnika, czystej, bez śladu smaru. Zdecydowała, że tyle prawdy może mu podarować.
— Nazwiska — powiedziała. — Sprawdzam, czy jedno z nich powinno tu być, a go nie ma.
Voss skinął głową, jakby to niepełne wyjaśnienie wystarczyło mu w zupełności.
— Jeśli szukasz Riisa — powiedział, cofając się o krok w stronę schodów — nie znajdziesz go tutaj, nie dziś. Ktoś, kto chował się przez siedem lat, nie da się złapać pierwszej osobie, która zauważy światło w oknie. Ale są miejsca, gdzie mógłby kupować to, czego potrzebuje. Znam kilka. Za odpowiednią cenę mógłbym wskazać, od czego zacząć.
Spojrzała na kaliber, na siedem grup cyfr, z których jedna nosiła teraz twarz i nazwisko, a potem na ciemny korytarz za fotelem w krypcie, którego nie zdążyła jeszcze sprawdzić.
— Zapłacę — powiedziała. — Ale nie dziś. Dziś idę dalej — tym korytarzem.
Voss nie próbował jej od tego odwodzić. Skinął głową i zaczął wycofywać się w stronę schodów prowadzących na zewnątrz, kulejąc, aż zniknął w cieniu.
Zanim zniknął, odwrócił się raz jeszcze.
— Cokolwiek tam znajdziesz — powiedział — licz ostrożnie. Ten budynek ma zwyczaj przypominać ludziom, że rachunki nigdy nie zamykają się tak, jak się spodziewali.
Zostawił ją samą przy ołtarzu, z kalibrem bijącym w rytmie, który — zrozumiała to dopiero teraz — naśladował rytm jej własnego oddechu.
Schowała notes, sprawdziła narzędzia przy pasie, spojrzała w stronę klapy w podłodze i zeszła z powrotem do krypty, w stronę korytarza, którego jeszcze nie sprawdziła.
